Jazda monster truckiem – dla małych i dużych dzieci

Przejażdżkę monster truckiem wygraliśmy z Miłoszem wczesną wiosną i od tego czasu czekaliśmy na właściwy moment, żeby wreszcie wykorzystać bilet. Zadanie konkursowe polegało na napisaniu, jakie marzenie z podanej listy chciałoby się spełnić i dlaczego. Mam dużo pragnień, więc chętnie zaczęłam wertować spis. W sekcji dla kobiet zabiegi spa, masaże, romantyczne kolacje. Nic tu po mnie. Przeskoczyłam do działu dla mężczyzn, a tam weekendowy survival w lesie i możliwość samodzielnego poprowadzenia monster trucka. O to chodziło!

Kilka minut wahałam się, którą z tych dwóch opcji wybrać. Porządny survival to nie tylko fajna przygoda, ale przede wszystkim bardzo praktyczna umiejętność. Zwłaszcza dla osoby, która lubi znikać w dziczy, spać pod gołym niebem, wędrować po lasach. Z drugiej strony uwielbiam potężne maszyny i mniej „klasyczne” pojazdy (były quady, maluch, motocykle, motoparalotnia, na dniach będzie też stary żuk). A monster truckami zachwyca się Miłosz.

Ogląda filmiki na YouTube, wybiera ubrania z naprasowanymi monster truckami. Pomyślałam sobie, że dla niego możliwość zobaczenia tego ryczącego potwora na żywo i wejścia do kabiny będzie super przygodą. I takie właśnie zgłoszenie wysłałam do Sympatii. Napisałam, że chciałabym wygrać przejażdżkę monster truckiem jako kierowca, żeby zrobić dla siebie coś ekstremalnego, spełnić marzenie dziecka i pokazać mu, że mama jest „hardkorem” – fajną babką.

Do miejscowości Gassy pod Konstancinem, gdzie mieści się tor Mistrzów Imprez dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Czekał tam już na nas wielki biały potwór i Damian, który był naszym opiekunem i instruktorem. Miłosz od razu pobiegł w stronę imponującej maszyny, a ja wdałam się jeszcze w pogawędkę. Okazuje się, że wcale nie jestem taka wyjątkowa z moim marzeniem – kobiety bardzo chętnie prowadzą monster trucki. Zresztą to w ogóle całkiem popularne zajęcie i Mistrzowie mają w weekendy pełne ręce roboty.

Żeby wejść do kabiny monster trucka trzeba wspiąć się na drabinę. Najpierw robi to Damian, po nim wchodzi Miłosz. Próbujemy go asekurować, ale mój dzielny zdobywca nie chce o tym słyszeć. Wcześniej kazał sobie założyć buty trekkingowe i teraz z dumą pokonuje kolejne stopnie. Dla dziecka to przecież duża wysokość, a w nim nie ma za grosz strachu. Cieszyć się czy martwić?

Miłosz siada w kabinie, jeszcze pamiątkowe zdjęcia i moja kolej. W środku brak większych udziwnień. Wszystkie pedały na swoim miejscu, manualna skrzynia biegów, kilka przełączników, które nie będą mi potrzebne w czasie jazdy. Pytam jeszcze Damiana, jak wrzuca się wsteczny, ale okazuje się, że cofać nie będę. Może to i lepiej ;)

Odpalam silnik, dodaję gazu i przeżywam pierwszy szok. Machina ryczy niemiłosiernie i idzie jak po grudzie. No dobra, jadę po błocie, więc niby się zgadza, ale nie ma mowy, żeby rozwinąć prędkość. Trochę zmieszana pytam Damiana, czy właśnie palę mu sprzęgło i co robię nie tak, ale okazuje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Przez całą jazdę na zmianę wbijam tylko jedynkę i dwójkę, inne biegi nie są potrzebne. Na tym etapie Miłosz jest podekscytowany i, ewidentnie, dumny z mamy. To mnie uskrzydla. A potem dojeżdżam do pierwszej górki…

I właśnie wtedy robi się ekstremalnie. Zdobycie pagórka oznacza, że przechylamy się praktycznie do pionu i nie widzimy nic oprócz białej maski monster trucka. Mam straszne przeczucie, że za chwilę wylądujemy na dachu. Po chwili szczyt pagórka jest już za nami i przechylamy się maksymalnie do przodu. Znów nie lądujemy na dachu. Uczucie jest niesamowite. Po tej pierwszej przeszkodzie dociera do mnie, jaką ta machina ma moc, zaczynam czuć się niezniszczalna i z przyjemnością przejechałabym teraz po wraku samochodu, jak to Mistrzowie Imprez robią na eventach. Ja łapię flow, ale mina Miłosza rzednie. Jeszcze trzy kolejne pagórki, jazda po błocie. Damian mówi, że zrobimy kolejne okrążenie, trochę inną trasą, ale Miłosz protestuje. „Już wystarczy, zatrzymajmy się”. I tak robimy. Kiedy wyłączam silnik mały znów jest podekscytowany i szczęśliwy. Od razu prosi Damiana, żeby wpuścił go na pakę. Gramoli się tam i zabiera się za wyrzucanie kawałków zaschniętego błota, które wpadły tam w trakcie jazdy. Dumny i w swoim żywiole góruje nad wszystkimi. Ja też zachwycona i spełniona – zrobiłam to! :)

Żegnamy się z Damianem i ruszamy na Konstancin. Do tej pory nie udało mi się zapałać nawet śladowym sentymentem do Mazowsza, ale właśnie dziś się to zmienia. Konstancin-Jeziorna jest bardzo klimatyczny. Niby miejscowość uzdrowiskowa, niby dużo ludzi, ale jakoś mnie to nie razi. Wkoło jest mnóstwo zieleni, i to niekoniecznie spod igły. Miasto leży przy Chojnowskim Parku Krajobrazowym. Jest pełne wiekowych drzew i dzikich gęstwin. Niesamowity klimat potęgują opuszczone i walące się ruiny willi, które w czasach świetności musiały być pełne przepychu.

Dziś, choć to może nie brzmi dobrze, podobają mi się zdecydowanie bardziej. Mijamy też odrestaurowane zabytki świecące swoim bogactwem i to zupełnie nie to. Oboje z Miłoszem z dziką radością wchodzimy do zarośniętego ogrodu, na terenie którego stoi jedna z takich ruin.

Zaglądamy przez okna, podglądamy, co czai się w piwnicy.

Wrażenie jest niesamowite i widzę po moim synu, że ma to po mnie we krwi. Dla niego takie snucie się po ruinach jest równie fascynujące jak dla mnie.

W końcu opuszczamy ogród i kierujemy się do parku, w którym znajdują się tężnie. Co kilka kroków spotykamy tam wiewiórki. Nie uciekające w popłochu jak te, które czasem pokazują się w kieleckim parku, tylko ciekawskie stworzenia podchodzące do nas na odległość kilku kroków. Jedna upodobała sobie naszą dwójkę szczególnie.

Raz podeszła tak blisko, jakby chciała obwąchać moją nogę, za drugim razem praktycznie nachyliła się do mojej wyciągniętej ręki. A Miłosz był w stanie zrozumieć powagę sytuacji i ani przy tym drgnął. Wolał podziwiać zwierzątko z tak bliskiej odległości i cieszyć się z tego przeżycia niż spłoszyć ją gwałtownym ruchem. Cały czas zadziwia mnie, jaki potrafi być rozważny, kiedy chce :)

Z parku kierujemy się do lodziarni, gdzie wypatruję dwa unikalne smaki – różany i świerkowy. Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała. Różany faktycznie smakuje tak, jak powinien. Przypomina konfiturę z róży, którą smażyła moja babcia, a nie sztuczny aromat znany pod nazwą „róża”. Cała gałka w takim smaku to trochę dużo, bo szybko zamula, ale cieszę się z wyników tego eksperymentu. Lody świerkowe smakują i pachną lasem. Subtelnie, ale bardzo naturalnie.

Dzień szybko się kończy. Idziemy jeszcze pokarmić kaczki nad stawem (jest tu automat, w którym za złotówkę można kupić dużą garść specjalnej karmy – super pomysł!), pobrodzić w dzikich kwiatach, obejrzeć sobie bagno i pomniki wilków stojące w parku.

Konstancin zapisuję sobie w głowie jako dobre wspomnienie i miasteczko, które warto było zobaczyć. W drodze powrotnej maleństwo błyskawicznie zasypia. To był długi, ekstremalny i wyjątkowy dzień. Dziękuję, Sympatio! :)

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *