Przemyśl i Bieszczady – gdzie się wybrać i co zjeść?

Urodziłam się w Rzeszowie i jako dziecko wyjechałam do Kielc. Wyprawę w Podkarpacie planowałam od dłuższego czasu i wreszcie się udało. Miała być podróż czysto sentymentalna, wyszło zupełnie inaczej. Było warto! Niezwykłe miejsca odkryłam dzięki Maćkowi, który nie tylko pozwolił nam u siebie mieszkać przez cztery dni, ale też pokazywał tak dużo, jak tylko się dało. A zdjęcia, które mogą z powodzeniem zastąpić słowa to zasługa Wojtka. No to posłuchajcie gawędy o Przemyślu i górach…

fot. Wojciech Woś

W zasadzie od niedzieli próbowałam znaleźć nocleg u lokalsa przez Couchsurfingfanpage i facebookowe grupy, ale bez efektu. We wtorek, kiedy ze śpiworem w jednej, a plecakiem w drugiej wychodziłam z mieszkania usłyszałam charakterystyczny dźwięk powiadomienia – to Maciek, kompletnie obca w tamtej chwili osoba zaproponowała, żebyśmy razem z Wojtkiem u niego przenocowali. Rzuciłam toboły, zadzwoniłam, pogadaliśmy i już wiedziałam, że trafiłam na swojego człowieka. Od razu podróż nabrała rumieńców i nie było mowy, żebym wysiedziała w domu jeszcze choć chwilę.

fot. Wojciech Woś

Ruszyłam do Staszowa, gdzie przesiadłam się do samochodu Wojtka i zaczęła się przygoda. Najpierw mała rzecz, która bardzo ucieszyła – zrobiliśmy sobie postój gdzieś koło Mielca. Las, parking, wiata grillowa. Rozejrzałam się i moim oczom ukazał się maluch. Samochód, na który chorowałam od dwóch lat. Tak bardzo chciałam zobaczyć, jak wygląda od środka i sprawdzić, jak się go prowadzi! Stwierdziłam, że co mi szkodzi spytać i podeszłam do właściciela pojazdu. W zasadzie nie musiałam go długo prosić o zgodę na to, żeby przejechać się jego maluchem. Ale miałam radość!

No ale wróćmy do Podkarpacia. W opowieściach z mojego dzieciństwa przewijał się Jarosław, w którym urodził się dziadek i Przeworsk (tu wychowywała się babcia), a ja mgliście pamiętam jeszcze pałac w Łańcucie, do którego jeździłam na wycieczki z przedszkolem. Szczególnie utkwiła mi w głowie powozownia i… świnki morskie. Nie pamiętam, co tam robiły, ale były na pewno. Postanowiłam odwiedzić te miejsca w pierwszej kolejności. Z Jarosławiem udało się o tyle, o ile. Trzeba było zjechać z autostrady, żeby zatankować, więc wjechaliśmy do miasta. Z drogi widziałam z kolei dużo ciekawych budynków, głównie sakralnych. Ale po starym mieście nie udało się przespacerować, niestety. Do Łańcuta też nie zdążyliśmy, za to Przeworsk jeszcze się w tym wpisie przewinie. Tylko w trochę bardziej dramatycznych okolicznościach.

Z wjazdem do Przemyśla jest tak, jakby ktoś nagle przekręcił pokrętło z „płasko jak na stole” na „górki, pagórki, serpentyny”. Dzięki temu od razu jestem cała w zachwytach, zwłaszcza że miasto na wzgórzach jest skąpane w zachodzącym słońcu. Parkujemy pod domem Maćka, witamy się i od razu ruszamy do centrum. Zaczynamy od jedzenia. Nasz gospodarz poleca Liberę, więc właśnie tam się kierujemy. Panowie zamawiają tosty, podobno wyborne, ja wybieram lody wiśniowe z czekoladą chili i piwo - Stockholm Syndrome browaru Brokreacja (swoją drogą kryje się za nim fajna historia, warto poczytać). Maciek musi nas na chwilę opuścić, więc zwiedzamy na własną rękę.

Rynek Przemyśla wieczorem jest pięknie oświetlony, miło wygląda fontanna z niedźwiedziem, kusi wieża ze słynnym zegarem (w świetle dziennym kusić przestała i ostatecznie na nią nie weszliśmy). Piękne są te stare kamienice i wybrukowane uliczki, do tego nawet za ścisłym centrum architektura dalej jest w Przemyślu podobna – zabytkowa, do tego niska zabudowa, sporo zieleni. Niestety trochę dalej natrafimy później na bloki i tereny przemysłowe, ale ogólne wrażenie o mieście pozostaje u mnie niezmienne – Przemyśl jest bardzo klimatyczny. Koloru dodaje mu jeszcze San, oddzielający centrum od blokowisk po drugiej stronie. Można przespacerować się wzdłuż rzeki, stanąć na drewnianej kładce lub przysiąść na schodkach przy samym brzegu rzeki. Zresztą tak też zrobiliśmy.

Wcześniej jednak wrócił Maciek i zabrał nas na Kopiec Tatarski z piękną panoramą miasta. Była już noc, więc widzieliśmy to, co lubię najbardziej – światła i łunę, a nie tętniące życie. Na dodatek na niebie zawisł cieniutki sierp księżyca. O dziwo, zabarwiony na czerwono. Kilkanaście minut później był już na powrót żółto-pomarańczowy. Wstrzeliliśmy się w idealny moment :) Z Kopca pojechaliśmy jeszcze na taras widokowy na Winnej Górze. Perspektywa zdecydowanie szersza, ale przysłonięta drzewami, więc jednak wygrywa pierwszy punkt. Doba zaczęła się kończyć, więc na tym trzeba było zakończyć nasz pierwszy dzień na Podkarpaciu…

… ale obudziliśmy się szybko, bo już czekały na nas następne przygody. A zaczęliśmy od eksperymentów kulinarnych. Maciek, który dziś musiał iść do pracy wskazał nam najważniejsze punkty na gastronomicznej mapie Przemyśla, więc postanowiliśmy je zweryfikować. I tak, na śniadanie wybraliśmy się do Pizzerii galicyjskiej, gdzie spróbować można niezmiennej od prawie 50 lat pizzy przemyskiej – bułki, w której zapiekany jest farsz z pieczarek, kiełbasy lub kaszy gryczanej. Wojtek przetestował wersję mięsną, ja nie mogłam oprzeć się kaszy – tak jak wcześniej na Roztoczu. Wygląd w ogóle niezachęcający, za to smak wspaniały. Prostota pomysłu w połączeniu z doskonałym, świeżym ciastem robią wrażenie. Nic dziwnego, że ustawiają się tu kolejki i od rana przychodzą ludzie, którzy kupują pizze przemyskie na wynos.

fot. Wojciech Woś

Rano, po aktywnym dniu poprzednim obowiązkowo trzeba wybrać się na kawę. A jeśli jesteśmy w Przemyślu, kroki mogą zaprowadzić nas tylko tu – do Miejsce Kawa i Zabawa na rynku. To kawiarnia z prawdziwego zdarzenia połączona z bawialnią dla dzieci. Niby takich miejsc jest w Polsce pełno, ale to jedno zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Ze względu na przyjacielską atmosferę w środku i pasję, z jaką przygotowywane są tutaj kawowe cuda. Nie jestem fanką latte ani innych słodkich eksperymentów, a i tak miałam z czego wybierać. Pierwszego dnia przetestowałam cold brew z cytryną i espresso tonic (och, jakie to jest dobre!), następnego doskonałą, wyrazistą americano, kolejnego znów cold brew. Wojtek zaczął od kawy mrożonej, później espresso tonic i cold brew. I naprawdę nawet nam nie przyszło do głowy, żeby pić kawę gdzieś indziej przez te trzy dni. Po co? Bardzo gorąco rekomenduję Wam to miejsce!

fot. Wojciech Woś

Od kawiarni dwa kroki dzielą nas od kolejnego miejsca, które po prostu trzeba w Przemyślu zaliczyć. Piekarni na rynku serwującej zdrowe lokalne wypieki. W zależności od dnia tygodnia i godziny można tam kupić zupełnie inne produkty, często jeszcze gorące. Nie dość, że jedzenie jest doskonałe, to jeszcze cała otoczka urzeka – w piekarni obowiązuje samoobsługa. Każdy, kto wchodzi do środka jest najpierw lustrowane przez panie, które zajęte są pieczeniem. Jedno spojrzenie wystarczy, by wiedziały, czy to nowy czy stary klient. Jeśli nowy, instruują go, co ma zrobić. Jeśli już był, zostawiają go samemu sobie. Zadanie jest proste: zakładamy na rękę foliową rękawiczkę, ładujemy wypieki do papierowych torebek, liczymy, ile ta przyjemność kosztuje i wrzucamy należność do koszyczka. W razie konieczności sami wydajemy sobie resztę. Co ciekawe, taka metoda jest wymuszona przez prozaiczną sytuację – pracujące w piekarni kobiety nie mogą dotykać pieniędzy ani jedzenia, bo cały czas stoją przy piecach. Sanepid zabronił. Stąd pomysł na samoobsługę, która czyni to miejsce wyjątkowym i, paradoksalnie, zbliża klienta do „sprzedawcy”. Miałam poczucie pełnego zaufania i jakby rodzinności atmosfery. Koniecznie sprawdźcie na własnej skórze.

fot. Wojciech Woś

Obkupieni w piekarni wychodzimy na rynek, a tam… zlot starych niemieckich samochodów. Są mercedesy, są volkswageny. W ogóle nie kręcą mnie wypasione fury, za to przy staruszkach mogę stać i zachwycać się w nieskończoność. No to postaliśmy, Wojtek porobił zdjęcia, ja pozaglądałam, jak wyglądają w środku.

fot. Wojciech Woś

Już mieliśmy odchodzić, kiedy rozpętała się ulewa. Z cukru nie jesteśmy, spacery w deszczu lubię, ale… w sumie był to dobry pretekst do tego, żeby zaliczyć kolejny punkt na kulinarnej mapie – lemoniadę lawendową w Cuda Wianki. Po lodach lawendowych w Sosnowcu nabrałam ochoty na dalsze eksperymenty z kwiatem, którego zapach i kolor uwielbiam. I się nie rozczarowałam. Lemoniada jest aromatyczna, nie za słodka, ładnie podana. Warto.

Z rynku ruszamy w dzicz, którą polecił nam Maciek – rezerwat przyrody Broduszurki koło Dubiecka. Miejsce ukryte przed niezorientowanymi turystami, bez oznaczeń przy trasie. Nawet miejscowi nie wiedzieli, gdzie jest (zagadnięta dziewczyna zrobiła wielkie oczy, chociaż drewniana tabliczka z nazwą znajdowała się kilka metrów od niej… ;) ).

fot. Wojciech Woś

Las, torfowiska i kilka jeziorek ukrytych w lesie.

fot. Wojciech Woś

Trasa malownicza i obfitująca w małe żyjątka – spotkałam tam jaszczurkę i żabkę, którą wcześniej wypatrzyłam też w Danii.

fot. Wojciech Woś

Wyprawa do Broduszurek kończy się w dramatycznych okolicznościach. Choć co chwilę zdejmujemy z siebie kleszcze, dwóm udaje się wkręcić w moją nogę. A więc kierunek – SOR w Przeworsku. Po drodze udaje nam się jeszcze najechać na nierówną nawierzchnię i zostawić za sobą kawałek podwozia. A że coś zaczyna kapać, przed SORem czeka nas jeszcze gnanie z duszą na ramieniu do najbliższego mechanika. Na szczęście okazuje się, że miska jest cała. Przy okazji poznaję przesympatyczną mieszkankę podprzemyskiej wsi, która nazywa mnie Rusałką i obdarowuje sadzonkami ostróżki ;)

Po załatwieniu mechanika i SORu idziemy do parku w Przeworsku. Słyszałam o nim od babci, więc chcę zobaczyć, jak wygląda. O ile sam Przeworsk nie robi na mnie żadnego wrażenia, o tyle park zdecydowanie porusza wrażliwą strunę – nie jest uporządkowany i jak spod igły. Gęsty, porządny kawał terenu zielonego. Taki, w którym mogłabym spędzić więcej czasu, gdyby nie to, że jednak trochę się spieszymy. Czas wracać do Przemyśla i zjeść kolację w polecanej przez Maćka La Costa nad Sanem. Świetne włoskie jedzenie, dwie naprawdę solidne pozycje wegetariańskie w karcie – testujemy obie. Jeszcze kilka zdjęć nad Sanem i dołączamy do Maćka, który zabiera nas na fort.

fot. Wojciech Woś

Och, jak wielką radość robi mi tą wycieczką! Pod Przemyślem jest ich kilka, ale ten robi największe wrażenie. I jest największy. Niesamowity klimat, ciemne korytarze, do tego granica polsko-ukraińska, którą widać ze szczytu pagórka. Jest praktycznie na wyciągnięcie ręki. Jakby tego było mało, na drzewie widzę dwie sowy. A nad głową latają mi nietoperze. Ćwierkam z radości jak dziecko (panowie chyba nie do końca doceniali mój entuzjazm w temacie :D).

fot. Wojciech Woś

Na koniec dnia jeszcze jeden przystanek – pub Garaż z regionalnymi piwami. Wybór ogromny, więc zaopatrujemy się w kilka obiecujących butelek. Niestety w rozpędzie nadziewam się na Kormorana. Jedyny dobry browar, który kompletnie nie trafia w mój gust. No trudno, nie można mieć wszystkiego.

Dzień trzeci. Obowiązkowa kawa z Miejsce Kawa i Zabawa, zapas wypieków z piekarni, a na śniadanie pizza z La Bamba. Na cieście jak domowe, specyficzna, ale smaczna. Czekamy na Maćka, kiedy podchodzi do nas reporter z Radia Rzeszów z prośbą o komentarz w sprawie dzików. A chodzi o to, że jest zgoda na ich odstrzał, ale część ludzi się zbuntowała. Chowają je przed myśliwymi „jak żydów przed wojną”. Co my na to? Po której stronie barykady? Ano, ja jestem po stronie dzików. To my zaburzamy ekosystem, zabieramy dzikom przestrzeń, tępimy zwierzęta, przez co populacje nie regulują się same. Teraz dzików jest dużo, a zaraz zostanie ich tyle, co wilków (w świętokrzyskim pojawiła się ostatnio aż jedna wataha). Albo jeszcze gorzej. Kiedyś może ich być tyle, co nosorożców i pand.

Nadchodzi Maciek. Wsiadamy do samochodu i zaczyna się najważniejsza przygoda tego wyjazdu – wyprawa w Bieszczady. Dwa lata wcześniej byłam w Komańczy, ale nie mogę powiedzieć, żebym faktycznie była w górach. Zresztą zwracaliście mi na to uwagę w komentarzach. Tym razem będzie inaczej. Robimy krótki podstój w miejscu, gdzie znajduje się kamieniołom, mijamy Ustrzyki Dolne, zatrzymujemy się w Wetlinie.

fot. Wojciech Woś

Chata Wędrowca – naleśnik gigant z jagodami zachwalał ostatnio Kuba z tymrazem. Wchodzimy, zamawiamy, przerażamy się rozmiarem (chociaż każdy bierze po małym). Do picia zamawiam prawdziwe brytyjskie piwo imbirowe – ono naprawdę jest wspaniałe. A naleśnik… no cóż. Na trzy osoby siedzące przy stole nie znalazła się taka, która by go zjadła do końca. Ani twierdząca, że był wart swojej ceny i opinii. Pewnie trzeba ocenić własnymi kubkami smakowymi. Ja wiem tylko tyle, że ciężkość w żołądku towarzyszyła mi jeszcze podczas wejścia na szczyt.

fot. Wojciech Woś

W Cisnej zajeżdżamy pod słynną Siekierezadę. Ilość turystów przed wejściem i w ogóle na drodze w Cisnej podcina mi skrzydła. Zawsze miałam poczucie, że Bieszczady nie są zadeptane. Że tu można poczuć dzikość i jakąś taką elitarność dreptania. No niestety, nie w lecie. Nawet nie zaglądamy do środka, tylko jedziemy dalej. Przed nami dwa punkty na mapie – Jeziorka Duszatyńskie i zachód słońca na Połoninie Caryńskiej. Jedziemy, jedziemy, czas pędzi nieubłaganie i zaczyna się walka. Nawigacja prowadzi nas osobliwą trasą – musimy kilka razy przejechać przez… rzekę. I mijamy się na trasie z dorożkami pełnymi turystów. Kiedy parkujemy samochód okazuje się, że do jeziorek mamy jeszcze dwie godziny drogi szlakiem, trzeba więc podjąć decyzję. Ja miałam już swoje radości, czas na Wojtka. Wypijamy po piwie bezalkoholowym nad rzeką i ruszamy do samochodu.

fot. Wojciech Woś

Zachód słońca ma być o 20.20, do Caryńskiej mamy 1,5 godziny drogi, wejście na szczyt to godzina i czterdzieści minut. No to w drogę!

Połonina Caryńska to pierwszy szczyt z prawdziwego zdarzenia, na który wchodzę. Łysica, Łysa Góra, Miedzianka, Perzowa Góra i inne pomniejsze szczyty to inna kategoria. Kilka lat temu z wózkiem podeszłam kawałek na Babią Górę, ale tego też nie ma co liczyć. Wypluwam płuca po kilku minutach. Mówię chłopakom, że poczekam na dole. Siadam, dyszę, chcę zawracać. Powtarzam sobie w głowie, że nigdy, NIGDY więcej.

fot. Wojciech Woś

Po 30 minutach piekło się kończy i już wiem, że dam radę. Nad szczytem wisi kruk i jego dożywotnia partnerka. Przed szczytem nie ma już drzew, słońce przestaje tak bezlitośnie prażyć, pojawiają się chmury, dzięki czemu niebo robi niesamowite wrażenie.

fot. Wojciech Woś

Na szczycie wieje niemiłosiernie, co wspaniale koi ciało topiące się w upale ostatnich dni. A kiedy siadam, zakładam polar i mogę wreszcie się rozejrzeć dociera do mnie, że będę to robić tak często, jak tylko się da. Z Caryńskiej widać tylko góry. Żadnych dróg, ludzi, cywilizacji. Tylko natura, jej potęga, dziewiczość. I ta wspaniała cisza, spokój. Mogę zostawiać płuca pod każdym szczytem dla tego właśnie niesamowitego doznania. Zresztą, już zrobiłam to znowu – piszę do Was z Bukowiny Tatrzańskiej. Dziś z Miłoszem zdobyliśmy Nosal :)

fot. Wojciech Woś

Maciek ma ze sobą palnik, garnek, mleko i kawę zbożową. A ja mam ciastka. Wiecie, jak wspaniale jest napić się gorącej Inki w takich okolicznościach? :)

fot. Wojciech Woś

Wojtek robi zdjęcia tak długo, dopóki nie robi się całkiem ciemno. Schodzimy powoli, spotykamy świetliki, Maćkowi drogę przecina sarna.

fot. Wojciech Woś

Nieco upiornie robi się, kiedy mamy wejść do lasu, w którym ewidentnie przebywa jakieś zwierzę. Na szczęście nie decyduje się z nami przywitać. Na parkingu towarzyszy nam z kolei lis. Zdejmujemy buty, odświeżamy się nawilżanymi chusteczkami i wracamy w stronę Przemyśla. Bardzo głodni, ale jest już zbyt późno, żeby dostać cokolwiek ciepłego. Jedynym ratunkiem jest stacja benzynowa w Ustrzykach Dolnych i bagietki na ciepło. Niestety okazuje się, że jedyna wegetariańska opcja, czyli bardzo średnia w smaku margarita już się skończyła. Autentycznie jestem bliska płaczu… Po czym pojawia się przebłysk geniuszu – zamawiam hot doga bez parówki. Za to z sosem belgijskim i paprykowym. Niby wszyscy mają ubaw, ale ja naprawdę się zachwycam. To chyba najsmaczniejszy wegetariański fast food, jaki jadłam :D I całe szczęście, od teraz wiem, że zawsze mam opcję awaryjną na trasie.

W dniu naszego wyjazdu znów wędrujemy na kawę i do piekarni. A Maciek zabiera nad do lodziarni – U Helenki. Lody z automatu, które smakują tak samo od dziesięcioleci. Niepozorna budka, zawsze ci sami sprzedawcy. I smak „lodów jak dawniej”. To takie modne hasło ostatnimi czasy. Można je przeczytać w co drugiej lodziarni, zauważyliście? Tylko że zwykle nie ma to nic wspólnego z prawdą. No więc U Helenki jest właśnie tak – jak dawniej. Nie wszystko psuje się z biegiem czasu. A ja takie miejsca uwielbiam odkrywać i promować. Więc wpadnijcie tam koniecznie!

W tym miejscu kończę, bo zostało nam już tylko pożegnanie ze wspaniałym człowiekiem, który ugościł nas tak, jak ja staram się podejmować moich wędrowców. I krótki przystanek przy pasie startowym lotniska w Jasionce, kiedy wokół trzaskały pioruny i szalała ulewa. Cudnie było założyć kurtki i pozwolić się trochę oblać. Kto nam zabroni być tak trochę dziećmi? :)

Print Friendly

16 comments on “Przemyśl i Bieszczady – gdzie się wybrać i co zjeść?

  1. Jeśli będziesz jeszcze w Cisnej… to w Siekierezadzie wino z kija spróbować warto. A tuż za lokalem agroturystyka Tramp, gdzie pod wiatą codziennie mają klasyczne ogniska z gitarą i śpiewem. A jeśli rozbijesz tam namiot, to do snu ukołysze Cię szum Solinki i koncert świerszczy ;)

    1. Siekierezada i Cisna w ogóle zniechęciła mnie tymi tłumami turystów. Trzeba wrócić późną jesienią, wtedy będę mogła docenić. Teraz to zupełnie nie mój klimat :)

  2. Niby sympatyczny reportarz. Przemyskie jeszcze nie zostalo odkryte. Ja tego dokonałem przed czterdziestu laty. Na emeryturę wybralem Przemyskie z przepiekną stolicą regionu. Zaprzyjaźnieni warszawianie zacchwycali siię okolicą Szwedzi bylizauroczeni( a ja Szwecją , ale za PRL) Pogorze przemyskie jest jeszcze nie odkryte, na szczęście, bo w Bieszczadach już robi się tloczno. Nam dobrze jest , jak jest Poza tym klimat… Klimat geograficzny i socjologiczny. Taż tu zaczynją się KResy.!!! Ta spcyfika tworzy klimat obyczajowy. Przeuroczy jest ten samoobsługowy „kombinat ” produkujacy miejscowe specyfiki z samoobsługą. Oby sie tylko sanepid i inne instytucje w ten temat nie wpieprzyyły!!! A tak poza wszystkim zostawcie nas , samym sobie… no tylko żeby siię kościół miej w nasze życie wtracał.

  3. 2 tygodnie temu przeszedłem trasę z Duszatyna do Cisnej około 26 km czerwony szlak Polecam wprawionym.A Siekierezady w Cisnej nie polecam bo tłumy turystów.

  4. Fajny reportaż. tylko jedna mała poprawka, skoro Ustrzyki już poprawione :D : lotnisko rzeszowskie to Jasionka. Cieszę się bardzo, że podobały Ci się nasze okolice. Jest tu jeszcze wiele ciekawych miejsc do zobaczenia. Co do Bieszczad, polecam wyprawy w powszednie dni – od pewnego czasu przy dobrej pogodzie nawet w zwykłe nieświąteczne weekendy jest tu tłok. Serdecznie pozdrawiam i zapraszam ponownie do nas :)

    1. No pięknie, na własnej ojczyźnie się wykładam, co za wstyd :D Poprawiam i dziękuję za czujność! Dorotka, opowiedz, co jeszcze zobaczyć. Dobrze się czuję wracając w rodzinne strony i chętnie wyruszę na kolejną wyprawę w Podkarpacie. Pisz koniecznie, gdzie się udać :) A może Ty wiesz, co łączy Łańcut i świnki morskie? To takie mgliste wspomnienie z dzieciństwa. Na Caryńską wchodziliśmy w czwartek i ludzi w Cisnej było tyle co w Tatrach. Bardzo mi się przez to smutno zrobiło. Ale szczyt o zachodzie słońca był już tylko nasz :)

  5. wstyd się przyznac ale mieszkam w opisywanym rejonie a nie wiedziałam o Broduszurki :( Jutro jadę sprawdzić ten teren :) Fantastyczny reportaż, pozdrawiam i ściskam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *