Dania w sześć dni – jak zobaczyć Jutlandię i nie zbankrutować?

Moje pierwsze prawdziwe wakacje od wielu lat. Od czasów liceum moje wyjazdy ograniczały się do dwóch czy trzech dni, na dodatek gdzieś w niewielkiej odległości od domu. Tym razem miało być inaczej – do zrobienia minimum 2000 kilometrów i całe sześć dni w podróży. A i kierunek wyjątkowy – moja wielbiona od zawsze Skandynawia! Chcecie poczytać, jak to było? No to zapraszam. Tytułem wstępu napiszę, że kultura skandynawska siedzi mi w głowie od wczesnych lat nastoletnich. Czytywałam mitologię, słuchałam skandynawskiej muzyki, zgłębiałam symbolikę, podziwiałam brodatych wikingów (mam tak do tej pory ;) ). Później Norwegię i Islandię wyparła oderwana od nich Finlandia. W oczach Skandynawów Finowie nie są „braćmi”. To bodaj najbardziej samotna kultura w Europie. Nikt do końca nie rozumie Finów. W każdym razie trwałam tak sobie w miłości do krajów Północy.

Utrzymywałam kontakt z mieszkańcami Skandynawii i Finlandii. A w czerwcu 2016 roku poznałam Gudmundura – sympatycznego Islandczyka mieszkającego w Ålborgu w Danii. Powiedział mi, że ten kraj jest naprawdę przyjemny i że mogłabym przyjechać go zwiedzić. Oj, jak kręciłam nosem! Dania? A po cóż mi Dania? Płaska jak stół i znana tylko z tego, że w Kopenhadze jest pomnik syrenki, a w Billund Legoland. Słyszałam o niej tylko takie opinie, no i jeszcze taką, że jest tam naprawdę drogo. No ale myśl została zasiana i kiedy na horyzoncie pojawiły się dwa tygodnie sierpnia bez Miłosza (wakacje u ojca) podjęłam decyzję: Dania!

Najbliżej ze wszystkich krajów skandynawskich, jeśli chciałoby się dojechać samochodem. Na wyjazd namówiłam mojego brata Mariusza, dzięki ogłoszeniu na Facebooku dołączyli jeszcze mój dobry przyjaciel Krystian i jego koleżanka Agnieszka. Na początek trzeba było ustalić kilka spraw, żebyśmy nie musieli na taki wyjazd zaciągać kredytów. Przyjęliśmy, że bierzemy z Polski suchy prowiant (wafle ryżowe, nutella, batony proteinowe, Agnieszka zabrała też dużo bakalii, które chwilami ratowały mi życie – dziękuję, Aga! :D ) i na miejscu zjadamy tylko jeden ciepły posiłek dziennie. Jeśli chodzi o noclegi, w grę wchodzić miał tylko namiot lub spanie w samochodzie (mieliśmy się wymieniać). Ustaliliśmy też, że w 90% zwiedzamy tylko to, za co nie trzeba płacić. Przyjęliśmy, że będzie to wyprawa śladami wikingów, więc na naszej mapie kluczowy był skansen w Ribe i cmentarz w Lindholm Høje. Ja liczyłam jeszcze, że zobaczymy cieśninę Kattegat (wikingowie z serialu realizowanego dla History Channel mieszkali w osadzie, która właśnie tak się nazywała), ale na to nie starczyło nam już czasu. Istotnymi punktami były dla mnie też Århus – największe małe miasteczko w Europie i Ålborg – kawa z Gudmundurem. Poza tym mieliśmy iść na żywioł. No i poszliśmy.

22 sierpnia 2016 roku, godzina 7.00. Razem z bratem czekamy na resztę załogi. Czekamy, czekamy, czekamy. Godzinny poślizg, ale w końcu ruszamy. Bagażnik mojego focusa wypchany do granic, podobnie jak każda wolna przestrzeń między siedzeniami. Cztery śpiwory, karimaty, namiot, lodówka turystyczna, prowiant… Trochę tego mamy. Najpierw długa droga przez Polskę, potem jeszcze dłuższa i bardziej monotonna po niemieckich autostradach. Ostry niemiecki język kłuje mnie w uszy, więc skaczę po stacjach radiowych, żeby leciała tylko muzyka. Na stacjach benzynowych wszechobecne wursty we wszystkich możliwych odsłonach. O wegetariańskim jedzeniu na ciepło w zasadzie można zapomnieć, za to wurstów curry, a nawet hamburgerów z wurstami jest tam pod dostatkiem. Najciekawszym widokiem z autostrady są stada krów. Ale nie takie, jak w Polsce. To nie jest pięć łaciatych na wielkiej łące, tylko kilkadziesiąt zwierząt stłoczonych na małym obszarze. Spotykamy takich stad dziesiątki podczas ośmiogodzinnego przejazdu przez Niemcy.

W końcu dojeżdżamy do symbolicznej granicy z Danią. Zatrzymujemy się jeszcze przy WC po niemieckiej stronie. Obok nas parkuje samochód na duńskich blachach. Zagaduję po angielsku, jak daleko mamy do Padborga i gdzie możemy się tam rozłożyć z namiotami. „Duńczyk” okazuje się Polakiem, który od lat mieszka w Skandynawii. Z emfazą mówi do nas: „Dania to jest państwo prawa. Jak was zobaczą z namiotami, dostaniecie mandat”. Północ, leje jak z cebra, a my umęczeni wjeżdżamy do kraju, w którym chyba jednak nie możemy legalnie spać gdzie popadnie, skoro pan nas tak postraszył. Próbujemy jeszcze chaotycznie szukać noclegu w hostelach i pensjonatach, ale w jednym rezerwacji dokonuje się przez internet minimum 24 godziny wcześniej (na miejscu automat wydaje klucz), a w drugim dwóch panów o nieokreślonym rodowodzie (nie umieli mówić po angielsku ani niemiecku, za to rozumieli polski i włoski) próbuje nas mocno ograbić z pieniędzy, nawet za spanie w samochodzie na ich parkingu. W końcu trafiamy na stację benzynową i wdajemy się w pogawędkę z duńskim kasjerem. Nie widzi żadnego problemu w tym, żebyśmy rozłożyli sobie namiot za stacją i tam się przespali. Daje nam też hasło do wifi.

Wtorek, 6.00. Mnie i Mariusza (on na fotelu kierowcy, ja zwinięta w kłębek z tyłu) budzą wrzaski mew. Agnieszka i Krystian śpią obok w namiocie. Zbieramy się. Sympatyczny pan z nocnej zmiany za darmo zalewa wrzątkiem moją kawę w termosie. Wrzucamy 2 euro do automatu i bierzemy prysznic. W trakcie zabiegów higienicznych zmienia się obsługa na stacji. Nowe panie dają nam stertę przewodników i pomagają zaznaczyć na mapie jakieś ciekawe punkty. Żegnamy się wylewnie i ruszamy w trasę. Wtedy jeszcze nie wiemy, że Krystian zostawił na stacji moją ukochaną suszarkę do włosów…

Mewy inspirują nas do tego, żeby poszukać morza i fiordów. Najbliższy znajduje się w Kollund. Przyjeżdżamy na miejsce, podziwiamy morze (jakieś ładniejsze po tej stronie, może przez brak parawanów? ;) ) i zaczynamy rozglądać się za fiordem. Gdzie też to cudo może być? No nie wiemy. W końcu pytamy dwóch tubylców, a oni wskazują nam… takie w sumie nic. Lasek, który otacza woda. W Polsce widziałam takie nie raz. No ale co fiord, to fiord i warto to uwiecznić! ;)

Fiord

Ruszamy dalej, na Åbenrå. Na znakach Duńczycy zwykle używają zapisu „aa” zamiast „å”, więc w oczy rzuca nam się Aabenraa. No jak tam nie zajechać? Zwłaszcza że jest na trasie do Århus. Jedziemy dłuższą drogą, żeby zobaczyć jeszcze jezioro w Søgard. Parkujemy w pobliżu, wysiadamy i drepczemy nad brzeg. Wokół urocza niska zabudowa, zielone, zadbane trawniki, dużo drewnianych domków. Tak wyobrażałam sobie świat dzieci z Bullerbyn (wiem, że Lindgren pisała o Szwecji, nie musicie mnie poprawiać ;) ). Spokój, sielskość, błogość. Siedzimy chwilę nad jeziorem, zbieramy kamyki i ruszamy dalej. Chyba już na tym etapie wszyscy jesteśmy zauroczeni Danią. Jest cicho, czysto, kulturalnie. Ludzie się nie wtrącają, ale zagadnięci okazują się niesamowicie życzliwi, pomocni i przyjaźni. Na ulicach nie ma zaciętych min, wszyscy lekko się uśmiechają. Nasz wypad do Danii miał miejsce zanim świat zawojowało hygge. Podczas pobytu nasiąkliśmy tą filozofią na wskroś, chociaż nie wiedzieliśmy jeszcze, że ma jakąś nazwę. Duńczycy są szczęśliwi i dobrzy, a my chętnie podchwyciliśmy ich podejście do życia.

Czas na Åbenrå. Och, dużo czasu. Bo okazuje się, że ta mieścina jest po prostu cudowna. Zakochuję się w niej totalnie, nie chcę stamtąd wyjeżdżać, wspominam z rozrzewnieniem do tej pory. Parkujemy pod marketem w pobliżu centrum. Nie jesteśmy pewni, czy parking jest płatny. Widzieliśmy już kilka razy oznaczenia „1 timer”, „2 timer”, „4 timer”, ale nie mamy pojęcia, o co chodzi. To znaczy domyślamy się, że o godziny postoju, ale jak to się kontroluje, skoro nikt nie pilnuje parkingów? Z pomocą przychodzą nam Duńczycy. Musimy zdobyć naklejkę z zegarkiem, którą umieszcza się po wewnętrznej stronie przedniej szyby. Wystarczy ustawić tam aktualną godzinę i mamy spokój. Kiedy mija dozwolony czas postoju trzeba tylko przestawić wskazówki i kontynuować. Żadnych opłat, żadnych kontroli. Bo po co sobie utrudniać życie? :)

Ruszamy na starówkę. Piękne, wybrukowane uliczki, kawiarnie, zadbane kamieniczki, dużo kwiatów. Towar ze sklepów wystawiony na zewnątrz, nikt go nie pilnuje. W informacji turystycznej dowiadujemy się, że możemy przejść pieszą trasą przez las do plaży i fiordu, a także że naprawdę dobre jedzenie serwuje Cafe Butler. To będzie nasz pierwszy ciepły posiłek w Danii, więc kierujemy się tam od razu i z wielkim entuzjazmem. Nie pamiętam, co wzięła pozostała część załogi (Aga na pewno na deser miała nugat. Taki se), za to ja zamówiłam wegetariańskiego burgera z falafelem. W smaku obłędny. Pyszna bułka, doskonale przyprawiony falafel, który nie ocieka tłuszczem, świeże warzywa (w tym czerwona cebula – Duńczycy chyba w ogóle nie używają białej) i sos jogurtowy tak gładki, kremowy i delikatny, że do tej pory potrafię go sobie przypomnieć w myślach. Czarna kawa, którą zamówiłam była aromatyczna i wręcz gęsta. Nie przypominam sobie, żebym gdziekolwiek piła tak dobrą kawę, naprawdę. Po przeliczeniu koron na złotówki zorientowałam się, że ta przyjemność (burger + kawa) kosztowała mnie 200 zł.

Najedzeni ruszamy na spacer przez las. I już po pierwszym kilometrze trafiamy do raju. Ten widok sprawił, że usiedliśmy na ławce i nie ruszaliśmy się z niej przez godzinę, na zmianę mówiąc tylko „ale ta Dania jest piękna!”. Płaska jak stół, powiadacie? Otóż nie. Cała w pagórkach, pełna drzew, kolorowych kwiatów i zwierząt, które beztrosko pasą się w najdziwniejszych miejscach. Kilka kroków od naszej ławeczki odkryliśmy na przykład stado przyjaznych krów. A oto i widok:

Abenra

Czas ruszyć dalej, więc niechętnie opuszczamy nasze miejsce. Idąc w stronę plaży dostrzegamy jeszcze malutkie żabki – wielkości opuszka palca. Na plaży dużo zieleni, kilku nastolatków i spokój. Nie myślimy długo, zdejmujemy buty i wchodzimy do wody. Jest naprawdę ciepła! Ktoś z naszej czwórki rzuca hasło: „Wracamy wzdłuż fiordu”. I tak też robimy. Przez trzy kilometry wędrujemy morzem. Nie ma już możliwości wrócić na suchy ląd, bo skończyła się plaża. Miejscami woda sięga nam do ud, są wodorosty, wielkie muszle, omszałe śliskie kamienie. Jest wspaniale!

Aabenraa spacer przez morze

Kiedy udaje nam się w końcu znaleźć miejsce, na które da się wspiąć i wrócić na ścieżkę, znajdujemy tam niespodziankę – konie w środku lasu!

Aabenraa konie w lesie

Wracamy do cywilizacji, czas na nas. Kierunek: Århus. W zestawieniu z Åbenrå wydaje się nieco toporne. Za duże. Tutaj spanie na stacji benzynowej raczej nie będzie możliwe. Szukamy campingu i dowiadujemy się, że musielibyśmy sporo zapłacić za samą możliwość rozstawienia tam namiotu. I wtedy Mariusz mówi: Couchsurfing. To właśnie tego dnia, łapiąc darmowe wifi zakładam tam profil i szukam dla nas noclegu. Nie mam referencji, moje konto istnieje od kilku minut, a ja pytam Duńczyków, czy przenocują dziś czwórkę Polaków. I wiecie co? Po pięciu minutach dostaję odpowiedź: „Wpadajcie!”. To nasze najfajniejsze wspomnienie z Århus – domek Alexa i jego przyjaciół (których tego wieczoru akurat nie ma) oraz wiekowy i przesympatyczny pies Flip. Dla każdego z nas znalazło się łóżko, Alex poczęstował nas też duńskim piwem. Rano na jaw wychodzi, że Krystian zgubił moją suszarkę do włosów. Alex pożycza mi swoją i nawet chce mi ją dać, ale mówię, że nie trzeba. Wtedy też dowiaduję się, że gniazdka w Danii działają na pstryczek – trzeba je włączyć. Krystian deklaruje, że odkupi mi suszarkę, ale okazuje się, że nie ma takiej potrzeby – sprzęt czeka na nas bezpiecznie w Padborgu. Musimy tylko w drodze powrotnej zajechać na stację.

Dom naszego gospodarza był wyjątkowy. Na ścianach znajdowały się malunki – obrysowane sylwetki wszystkich osób, które kiedyś mieszkały w tym kolektywie.

Dom AlexaTablica w domu Alexa

Opuszczamy Århus i szybko jedziemy do gminy Rønde, gdzie znajduje się polecone nam przez Alexa Kalo Sløtsruin – ruiny zamku. Mieści się na cypelku otoczonym rozlewiskami i kamienistą plażą. Niemal na wyciągnięcie ręki przycupnęły sobie dzikie gęsi, a pod samym budynkiem (wejście jest bezpłatne) na słońcu wygrzewa się krowa.

KaloKalo Slotsruin

Pod zamkiem kupujemy zdecydowanie za drogie lody gałkowe (szału nie robią) i pędzimy do Ålborga, gdzie czeka na mnie Gudmundur. Reszta ekipy idzie na obiad do Burger Kinga, a ja z islandzkim kolegą spaceruję wzdłuż portu, podziwiając budynek opery i uniwersytetu. W końcu się żegnamy i wracamy do ścisłego centrum z deptakiem. Ładny ten Ålborg, ale po naładowaniu się duńską dziką przyrodą jakoś ciężko jest mi się odnaleźć w mieście. Sama też idę do Burger Kinga po burgera z kotletem warzywnym. Smak w ogóle nie jest satysfakcjonujący, ale cena zdecydowanie bardziej przystępna niż w restauracji.

Aalborg

Kierunek: Lindholm, a tam cmentarz wikingów. Wcześniej jednak musimy uzupełnić suchy prowiant, bo zaczął się kończyć. Na szczęście w Lindholm znajdujemy Lidla. Kupujemy chleb, podróbkę nutelli i najtańsze piwa (po dwa na osobę). W międzyczasie próbuję zorganizować nam nocleg przez Couchsurfing, ale dziś nie idzie już tak łatwo. Trafiamy pod Lindholm Høje. Przedzieramy się przez mały lasek i naszym oczom ukazuje się… stado owiec. Zwierzęta pasą się miedzy kamieniami tworzącymi symboliczne groby wojowników. Wrażenie jest niesamowite. Zresztą, cały cmentarz robi przedziwne wrażenie. Nie ma w sobie nic z obiektów kultu, nie czuje się tu żadnego smutku ani żałoby. Jest naturalnie i pięknie, są ławeczki, na których można sobie posiedzieć.

Lindholm Hoje

Nieco dalej jest też „dom” jarla i jego żony. Oczywiście nie ma budynku, ale są kamienne fundamenty, dzięki którym wiadomo, gdzie były drzwi i okna. Siadamy w tym „domu” i spędzamy w nim popołudnie i wieczór. W międzyczasie na naszej drodze stają Peter i Dean – dwóch duńskich żołnierzy, którzy chętnie przegadują z nami kilka godzin. I mówią, że możemy spokojnie spać właśnie tutaj, że to nikomu nie będzie przeszkadzać. Z oporami, ale w końcu faktycznie tak robimy. O 6 rano budzi nas głośne „beeee”. Owce stoją nad naszymi śpiworami i przyglądają nam się z zaciekawieniem.

Owce na Lindholm Hoje

Opuszczamy Lindholm i kierujemy się na zachód, w stronę Thisted. Wcześniej jeszcze dowiadujemy się, że w Aggersund jest największy zamek wikingów. No to ruszamy okrężną drogą, żeby go zobaczyć. Na miejscu wszystkie napięcia między nieco już zmęczoną ekipą mijają jak ręką odjął, bo łączy nas zbiorowy śmiech. Oto i nasz zamek:

Zamek wikingów

Na miejscu znajdujemy malutkie i darmowe muzeum wikingów, czyli coś jednak zobaczyliśmy. W kościółku obok muzeum przy ołtarzu wisi z kolei… drakkar (okręt wikingów). Do budynku przynależy chrześcijański cmentarz. Wchodzimy i nie możemy się nadziwić, jak bardzo różni się od tych polskich. Tutaj nie ma rozpaczy i ponurej żałoby. Na nagrobkach odpoczywają przyklejone biedroneczki, na jednej z tablic narysowany jest bajkowy szop pracz, niemal każdy grób ma swoją miseczkę na wodę dla ptaków. A gdy w jednym miejscu pochowane zostaje małżeństwo, na tablicy wyryte jest „Tak for alting” (dziękuję za wszystko). Oj, wzruszamy się z Agą…

Czas na Thisted. I tutaj kończy się moja cierpliwość. Do tej pory każdy z członków ekipy zaliczył już swoją porcję marudzenia, a ja tylko piszczałam ze szczęścia. W Thisted przebrała się miarka. No bo co to ma być, Skandynawia czy Saint Tropez?! Oj, straszliwie mi się tam nie podobało. Upał (prawie 30 stopni), plaża z białymi kamieniami, emeryci leniwie spacerujący wzdłuż Morza Północnego, senna atmosfera. A do tego nigdzie nie było stacji z prysznicem, więc kleiłam się od brudu. I nigdzie nie mogłam znaleźć wegetariańskiego jedzenia, a głodna łatwo się irytuję. Zaczęłyśmy więc od nutelli pokoju, żeby jakoś to przetrwać:

Nutella pokoju

Potem propozycja (chyba) Mariusza: umyjcie sobie włosy w morzu!

Morze Północne całkiem nieźle wpływa na włosy - sprawdzone  #podrozemaleiduze #polishgirl #podróże #podrozezdzieckiem #travel #travelingram #denmark #scandinavia #vikings #hike #survival #tattoo #ontheroad #lovetravel #hygge

Morze Północne całkiem nieźle wpływa na włosy – sprawdzone #podrozemaleiduze #polishgirl #podróże #podrozezdzieckiem #travel #travelingram #denmark #scandinavia #vikings #hike #survival #tattoo #ontheroad #lovetravel #hygge

Potem było jeszcze zbieranie muszelek i kamieni, podziwianie krabów (jeden kosztował mnie sporo krwi, kiedy rozwaliłam sobie kostkę na ostrym kamieniu) i rozgwiazdy.

Rozgwiazda

A na koniec udało mi się jeszcze znaleźć wegetariańską tortillę w typowym kebabie, więc była już pełnia szczęścia. Z Thisted ruszyliśmy do ostatniego punktu na mapie – Ribe. To właśnie tam znajduje się skansen wikingów. Zanim jednak do niego poszliśmy, trzeba było jakoś zagospodarować sobie wieczór i gdzieś się przespać. Pospacerowaliśmy trochę po ładnym miasteczku, usiedliśmy nad wodą w parku, po czym poszliśmy do duńskiego pubu. Ceny zabójcze, ale stwierdziliśmy, że jedna butelka piwa w duńskim pubie to nie aż takie szaleństwo na te sześć dni.

Ribe

Ribe pub

Przemiła barmanka powiedziała nam, gdzie możemy znaleźć parking, na którym możemy zaparkować, rozbić namiot i legalnie spać do rana. Było tam też darmowe WC. Spaliśmy więc w centrum miasta, obok kamperów i innych ludzi drzemiących w samochodach. Rano dopytaliśmy tylko, gdzie są prysznice (trzeba było przejechać dosłownie kilka kilometrów i wrzucić 2 euro do automatu. Z tego, co pamiętam, całej naszej czwórce udało się za ten żeton umyć).

O 10.00 ruszyliśmy wreszcie do muzeum wikingów.  To była jedyna duńska atrakcja, za którą zapłaciliśmy. Jeśli mnie pamięć nie myli, wejściówka kosztowała 100 koron, czyli jakieś 60 zł. Ale było warto! „Wioskę” zamieszkiwała grupa rekonstrukcyjna, były pokazy sokolników, a w chacie jarla spotkaliśmy służącą polskiego pochodzenia, która aż się wzruszyła, że może powiedzieć coś w ojczystym języku (a wyjechała z kraju jako mała dziewczynka). Dzięki temu załapaliśmy się na miejsce przy palenisku i prawdziwe podpłomyki :)

Drakkar

W chacie jarla

Z żoną jarla

Ribe kończyło naszą przygodę z Danią. Opuściliśmy wioskę wikingów i ruszyliśmy na Padborg. Aż tu nagle na rondzie znak na moje Åbenrå! Jęczałam tak długo, aż ekipa zgodziła się, żebyśmy jednak przejechali przez to cudne miasteczko. Zrobiliśmy tam postój (2 timer ;) ), weszliśmy do marketu kupić jakieś duńskie produkty dla siebie i bliskich. Mój zestaw wyglądał tak:

Duńskie zakupy

Wisienką na torcie było Cafe Butler i mój cudny burger. Nawet powiedziałam obsługującej nas kelnerce, że byliśmy tu pięć dni temu i teraz nadrobiliśmy kilometrów tylko po to, by znów tu zjeść.

Burger z Aabenraa

Jeszcze tylko Padborg, stacja i odzyskanie mojej suszarki do włosów. Taka specyficzna pętla. Pięć dni wcześniej przestałam przejmować się wyglądem moich włosów, odżywkami i życiem jak cywilizowany człowiek. Byłam nastolatką, niczym się nie martwiłam. Czas na powrót do codzienności z suszarką jonizującą.

Postanawiamy piątkową noc spędzić w Hamburgu (ukochanym przez Krystiana) i w sobotę dotrzeć do domu. Centrum Hamburga wieczorową porą jest piękne, ale niesamowicie przytłaczające. Przez prawie tydzień żyliśmy w spokojnej, bezpiecznej Danii (nota bene, w „państwie prawa” ani raz nie widzieliśmy policji), gdzie wszystko było małe i urocze. A Hamburg jest wielki, pełen gigantycznych budynków, głośnych ludzi, szpanerów w sportowych samochodach.

Hamburg

Pierwotnie mieliśmy tu spać pod gołym niebem, ale nikt z naszej czwórki nie uznaje już, że to dobry pomysł. Ja i Aga opuszczamy Hamburg z duszą na ramieniu, Mariusz mówi, że przesadzamy, a Krystian jest chyba rozczarowany, że bardziej niż piękno miasta uderzyło w nas poczucie zagrożenia. Znajdujemy stację benzynową na trasie, parkujemy obok dostawczaka na polskich blachach i pytamy kierowcy, czy możemy się schować za nim, żeby rozbić namiot. Ja i Aga śpimy w samochodzie, Mariusz w śpiworze, a Krystian w namiocie. Rano wstajemy i ruszamy do Polski. Końcówkę pokonujemy już ostatkiem sił. Powrót do codzienności jest trudny. Dania okazała się magiczna i ciężko mi się odnaleźć w normalnej rzeczywistości. Ale mam wspomnienia i duńskie cukierki. Byle do następnego razu!

Jutlandia kosztowała nas głównie cenę paliwa, dość ekonomicznym samochodem. Gdybyśmy mieli żywić się tam i płacić za noclegi, wyprawa naprawdę mocno uderzyłaby nas po kieszeni. Jeśli więc myślicie o wycieczce do Danii, gorąco polecam. Ale w takim właśnie wariancie.

Trasa

Print Friendly

10 comments on “Dania w sześć dni – jak zobaczyć Jutlandię i nie zbankrutować?

  1. O ! I znowu ciekawie, mimo że zupełnie inaczej. Bardzo fajna eskapada.
    Ja etap fascynacji Skandynawią mam za sobą, uwieńczony wypadem do Goteborga, parę lat temu. Sentyment jednak pozostał. Lubię ten skandynawski spokój i porządek. Chociaż … W ubiegłym roku odkryłem Rumunię, i co ? Oczarowany jestem ! Tam odwrotnie – rozpierducha i chaos. I poczucie niesamowitej wolności. W dodatku Rumuni lubią Polaków ! Ot, tak po prostu ! Polecam.

    1. Dziękuję i cieszę się, że wpis się podoba. To był zupełnie inny wypad niż zwykle, ale naprawdę wspaniały. No i wspomnienie na całe życie. A Rumunię planuję właśnie w tym roku zobaczyć w podobny sposób. No to sobie porównamy wrażenia :)

  2. W Dani byłem 24 lata temu z rodziną (dzieci 7 i 10 lat). Głównym celem był oczywiście Legoland w Billund. Będąc tydzień oczywiście zwiedziliśmy trochę Danię. Potwierdzam wszystko o Duńczykach, co napisała Autorka. Przemili ludzie, pomocni (bezinteresowni – znałem tylko parę słów grzecznościowych po niemiecku), przyjaźni i sympatyczni. Gdy dowiadywali się, że jesteśmy z Polski, to nieba chcieli nam uchylić (były to początki po upadku „żelaznej kurtyny”). Jedno mnie tylko zdziwiło, że obecnie Dania jest droga. W tamtym czasie nie „śmierdzieliśmy” groszem (koronami), ale nie odniosłem wtedy wrażenia, aby było radykalnie drogo. Oczywiście było spanie pod namiotem ale również w domku kempingowym. Prowiant raczej z domu ale również trzeba było dokupować. Za Legoland, muzeum motoryzacji, Somerland czy oceanarium też trzeba było zapłacić. Duże ulgi były dla rodzin z dziećmi. W ogóle odniosłem wrażenie, że dzieci w Dani są dla wszystkich oczkiem w głowie. Wobec siermiężnych czasów w tamtym czasie w Polsce, Dania jawiła mi się jaki kraj poukładany, czysty i bezpieczny. Dlatego, pomimo upływu tylu lat, podobnie jak Autorka zachęcam do odwiedzenia Dani. Zwłaszcza z dziećmi, dla których jest tam mnóstwo atrakcji.

    1. Witam nowego czytelnika! Nie miałam ze sobą synka, więc zupełnie nie zwracałam uwagi na ceny biletów dla dzieci. Ale ogólnie koszty życia i zwiedzania nie są na polską kieszeń. Co ciekawe, Dania to i tak najtańszy skandynawski kraj. Od żołnierzy, których spotkaliśmy w Lidholm dowiedziałam się, że Norwegowie przyjeżdżają do Danii na zakupy, tak jak my dawniej robiliśmy kursy na Słowację. A ceny w Norwegii rozczulają Islandczyków, którzy pod pojęciem „drogo” rozumieją coś zupełnie innego niż my. Pozdrawiam serdecznie :)

    1. Road trip w warunkach polowych odpada na pewno… A ceny przy wyższym standardzie mogłyby Was zjeść. Chyba że krótki urlop bez dzieci? Taki city break?

  3. Hej !
    Świetny artykuł ! Wybieram si do Danii i chyba nie mogłam trafić lepiej :) Akurat mam nocleg w Padborgu, wiem juz gdzie zawitam podczas pobytu ;p Dzieki wielkie i buziaki :D

    1. Hej hej, zazdroszczę wyjazdu! Minął rok od mojej wyprawy i po prostu tęskni mi się za Danią. Mam nadzieję, że Tobie też da tyle radości, co mnie. Daj znać, jak było :)

    1. Hej, w Aarhus na szczęście nie musieliśmy szukać – udało nam się złapać nocleg przez Couchsurfing. Spaliśmy w kolektywie, prysznic, WC i zielona herbata z lawendą w pakiecie ;)

Odpowiedz na „~MSAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *