Poczuć klimat Polski centralnej – w jeden dzień

Polska centralna – obszar, którego w zasadzie w ogóle nie znam. Od zawsze prychałam na wielką Warszawę, nigdy nie dotarłam do Poznania, byłam pewna, że Kalisz leży nad morzem, a przez Łódź przejechałam raz w życiu w drodze do Władysławowa. Doszłam do wniosku, że czas to zmienić i wyrobić sobie na temat tego obszaru własne zdanie – tak jak to zrobiłam ze Śląskiem.

Miłosz spędzał ten weekend u ojca, więc w sobotę o 7.00 przesiadłam się do samochodu kolegi i ruszyliśmy w drogę. Nota bene był to jego pierwszy wypad w moim stylu i bałam się, że pojawią się zgrzyty. On chciał po prostu przez kilka godzin leniwie pospacerować po Łodzi, a ja zobaczyć WSZYSTKO i WSZĘDZIE. Wcześniej zrobiłam rozeznanie w temacie, zadając pytanie na moim fanpage’u i już mniej więcej wiedziałam, jakie punkty chcę zaliczyć. Pierwszym był wyproszony u Czarka Piątek – a tam geometryczny środek Polski. Trasa na Łódź szara, jednostajna, płaska, bez perełek architektonicznych i przyrodniczych. Jazda na Piątek niewiele bardziej atrakcyjna. Aż tu nagle znak na Łęczycę, w której jest zamek znany z tego, że w jego podziemiach mieszkał Diabeł Boruta. Dodatkowe 20 km. No i jak tu nie skorzystać? A więc pierwszy przystanek – Łęczyca i obowiązkowe zdjęcie z diabłem. Zamek poza sezonem jest w weekendy zamknięty, ale udało nam się zobaczyć go od zewnątrz, wejść do części biurowej i na dziedziniec, gdzie znajdowało się lodowisko.

Łęczyca - Boruta

Potem spacer na rynek, a tam cukiernia. Bez nazwy, zwykły szyld informujący, że są tam ciasta i kawa. Weszliśmy do środka na drugie śniadanie. Łącznie skosztowaliśmy czterech ciast, w tym regionalnego pleśniaka (kruche ciasto, kwaskowe nadzienie z porzeczek i agrestu, beza) i przekładańca łęckiego (tort z ciastem z orzechów włoskich i masą z suszonych śliwek, rodzynek i wódki). Wypieki tradycyjne i po prostu powalające swoim smakiem. Byliśmy tam tuż po otwarciu i w ciągu 15 minut przewinęło się przynajmniej 10 klientów. Czyli przypadkiem trafiliśmy do miejsca z renomą i wysoką jakością. Gdyby ktoś chciał tam trafić, jest na lewo, kiedy wchodzi się na rynek od strony zamku. Potem jeszcze spacerem po „śródmieściu”, żeby trochę tych kalorii spalić i powrót do samochodu.

Dalej Piątek, gdzie w centrum znajduje się pomnik i drogowskaz wskazujący cztery najdalsze punkty Polski – Jastrzębią Górę na północ, bieszczadzki szczyt Opołonka na południe, kolano Bugu na wschód i zakole Odry na zachód.

Piątek

No i Łódź, dojechaliśmy do niej zahaczając jeszcze o Zgierz. Zaparkowaliśmy przy Manufakturze i postanowiliśmy, że będziemy się poruszać pieszo. Manufaktura po prostu imponująca. Ogromny moloch, czerwona cegła. Ład, porządek, dostojność i wielkość. Świetny sposób na zaaranżowanie przestrzeni, do tego deptak z ławkami – w słoneczne sobotnie popołudnie miejsce spotkań, spacerów i łódzkiego życia społecznego. Idziemy, idziemy, a tam piekarnia. Ale nie byle jaka, co dało się stwierdzić po kolejce klientów. Takiej, jak te mityczne kolejki za komuny – zawijała za winkiel. Czarek niezbyt przekonany do pomysłu, ale tupnęłam nogą. Musimy spróbować czegoś, co robi taką furorę! Odstaliśmy swoje w piekarni Piekarz (przynajmniej 20 minut) i wyszliśmy stamtąd z jeszcze ciepłą bagietką toskańską (chrupiąca, miękka w środku, wspaniała!), dwoma mięciutkimi paluchami toskańskimi i krakersami z chia i żurawiną, które przywiozłam ze sobą do domu i dziś będę je testować. Przed chwilą poczęstowałam nimi brata i mówi, że super ;)

Manufaktura

Słynna ulica Piotrkowska. Wygląda jak nasza kielecka Sienkiewicza, tylko jest większa. No i zdecydowanie bardziej tętni życiem. Tym bardziej, że akurat trafiliśmy na manifę. Kobiety przeszły po centrum krzycząc, że nasza ciała to nasza sprawa. Poszliśmy z Miłoszem na czarny marsz w Kielcach, więc tym bardziej niesamowite było dla mnie przypadkiem trafić na kolejny protest, który popieram i stać się niejako jego częścią.

Z Piotrkowskiej kierunek mógł być tylko jeden – dworzec Łódź Fabryczna! Budowla z rozmachem, sławą, ale niekoniecznie sensem. Wielki i piękny, czysty dworzec, na którym spotkaliśmy pięć osób (poza znudzonym panem w kasie, zblazowanymi policjantami i rozbawionymi sytuacją dziewczynami z kawiarni). Wszystkie z aparatami, robiące sobie pamiątkowe zdjęcia. Podróżnych brak. Podpytaliśmy pracujące na dworcu dziewczyny i dowiedzieliśmy się, że zdarzają się pociągi ze Zgierza, Warszawy, a czasem nawet z Krakowa. Rekord to trzy pociągi przyjeżdżające o mniej więcej tej samej porze. Wtedy nawet trochę ludzi na tym dworcu jest. Najwięcej turystów z aparatami spotkać można z kolei w niedzielę. Zeszliśmy na perony, gdzie nowiutkie tablice świeciły pustką i stanęliśmy tam, gdzie kończą się tory. Warto zobaczyć to na własne oczy.

Łódź Fabryczna

Dalej spacer po centrum i podziwianie murali. Abstrakcyjnych, kolorowych, poważniejszych, stonowanych, dających do myślenia. Wzbogacających krajobraz miasta. Byłam nimi zachwycona, zresztą jak całym centrum Łodzi – zróżnicowanym architektonicznie, zabytkowym, częściowo pięknie odrestaurowanym, w innych miejscach starym i zniszczonym. Dodajcie do tego 14 stopni i piękne słońce i otrzymujecie idealny przepis na dłuuugi spacer, który w ogóle nie jest nudny.

Nadszedł czas obiadu. Na Piotrkowskiej żadna restauracja nie przykuła naszej uwagi, więc zdecydowaliśmy się zjeść coś w meksykańskiej w Manufakturze. Byliśmy już w drodze, kiedy wypatrzyłam perełkę – małe, PRL-owskie lokum z napisem „Polacy z Kazachstanu”. Próbowałam namówić Czarka, żebyśmy tam weszli, ale nie był przekonany. Skierowaliśmy się więc do Manufaktury, usiedliśmy w meksykańskiej, aż tu nagle słowa, na które czekałam: „A może jednak pójdziemy do tych Kazachów?”. „Tak!”. Zerwałam się z miejsca i jak na skrzydłach pokonaliśmy ten pewnie kilometr do niepozornego lokalu. Kilkanaście gatunków pierogów, naleśniki, rosolnik, tajemniczy kotlet aniuki, cieburak… Chciało nam się spróbować wszystkiego! Ostatecznie Czarek zamówił barszcz ukraiński (który w ogóle nie wyglądał jak ten serwowany w Polsce) i kotlet aniuki, ja pierogi z ziemniakami i grzybami oraz kaszą gryczaną i marchewką, do tego na pół wzięliśmy jeszcze cieburaka (smażony w głębokim tłuszczu pieróg ze szpinakiem, jajkiem i serem). W lokalu oprócz nas były jeszcze dwie młode pary z zajawką na odkrywanie nowych smaków. Skończyło się na wymienianiu się talerzami i bardzo rodzinnej atmosferze. Właściciel zaserwował nam jeszcze samodzielnie przygotowywaną musztardę – piekielnie ostrą, z chrzanowym posmakiem, choć wcale nie ma go wśród składników. Kupiłam porcję na wynos, jest naprawdę wyjątkowa. Jeszcze runda konkursowa – kto zgadnie dwa składniki tajemniczego kotleta? Czarek rozpoznał jajko, ja trafiłam kaszę mannę. Wspaniałe jedzenie, świetna atmosfera. Koniecznie trzeba zajrzeć do Kazachów, jeśli jesteście w Łodzi!

Pomału kierujemy się w stronę domu. Wyjeżdżamy z Łodzi i jedziemy na Kielce, ale przez Spałę. Osadę letniskową, w której mieści się Ośrodek Przygotowań Olimpijskich. Przyjeżdżamy tuż po zachodzie słońca. Typowa miejscowość turystyczna, bez wysokiej zabudowy, z szyldami „gofry, lody” na każdej ulicy. W lasku pomnik żubra. Piesza trasa do brzegu rzeki Pilicy. I wyglądająca kusząco Carska Wieża – restauracja, w której można spróbować kuchni włoskiej, zjeść deser lodowy lub ciasto. Ostatkiem sił wciskamy w siebie migdałowiec i czekoladową pokusę. Nie za słodkie, o bardzo głębokim smaku. Wyrób wysokiej jakości. Kubki smakowe dopieszczone, wewnętrzni odkrywcy usatysfakcjonowani. O 20.00 jesteśmy w Kielcach. Wiemy już, z czym się je tę centralną Polskę. Jest fajna!

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *