Jak smakuje Finlandia?

Nie, to nie będzie tekst o popularnym trunku, chociaż napiszę słów kilka o innym, również produkowanym w Helsinkach. Dziś chciałam Wam napisać o moim kolejnym zamiłowaniu, w zasadzie bezpośrednio związanym z podróżami. Uwielbiam poznawać lokalne smaki. Produkty typowe dla danego kraju czy regionu. Z racji tego, że nie jem mięsa i że jest wiele składników, za którymi nie przepadam, moje pole manewru w tym zakresie jest trochę ograniczone. Dlatego działam inaczej: jeśli w restauracji nie znajdę żadnej potrawy obiadowej czy przystawki, której mogę spróbować, przerzucam się na piekarnię lub cukiernię. Tam szukam typowych lokalnych smaków – to w takich miejscach jest przecież kultowy krakowski obwarzanek, lubelski cebularz, poznański rogal świętego Marcina (w Poznaniu nie byłam, ale taki sam, i to nawet z certyfikatem, można kupić w cukierni Ramiączek w Chęcinach).

Moje smakowe podróże rozciągam też na inne kraje. Z racji tego, że nie przekraczam granicy z imponującą częstotliwością, robię to nieco inaczej. Mam znajomych z różnych części świata, do tego odwiedzają mnie Couchsurferzy. Proszę ich o przesłanie (lub przywiezienie) mi lokalnych słodyczy, cukierków, herbat. Wiele zagranicznych słodyczy można zamówić w internecie, na polskich stronach (czyli bez astronomicznych kosztów przesyłki).

Co ciekawego odkryłam podczas takich podróży?

1. Finlandia: w przypadku tego kraju to nie odkrycia, tylko powracanie do rzeczy, które są dobre. Salmiakki, czyli kultowe czarne cukierki (oryginalnie na kaszel, teraz cenione przez Finów za walory smakowe) jadłam pierwszy raz w 2010 roku i od razu się zakochałam. Mój kolega Jarkko wysłał mi je wtedy w kilku wariantach (jako pastylki, małe żelki, żelki nadziewane jagodową masą). Najwspanialsza była jednak czekolada salmiakkowa produkowana przez Fazer. Smak nie do podrobienia – słodki, słony, idealny. W połowie zeszłego roku mój brat zagadał do kolegi mieszkającego w Finlandii, czy by mi nie przesłał tej czekolady, bo opowiadam o niej od lat jak o zaginionym skarbie. Przesłał! Razem z żelkami lukrecjowymi nadziewanymi masą bananową, czekoladową i (chyba) truskawkową oraz żelkami owocowymi, które nie były zamulająco słodkie. A kilka miesięcy później kolejną paczkę wysłała mi Elena – żona Jarkko :) Tym razem, oprócz ukochanej czekolady i drugiej, z lukrecją (świetna!), puszki na herbatę z Muminkami, fińskiej czarnej herbaty i zapasu żelków salmiakkowych dostałam coś, na co czekałam od lat. Wiedziałam, że istnieje i nigdy nie miałam okazji spróbować: Koskenkorva salmiakkowa. Jedyna i niepowtarzalna, czarna jak noc polarna fińska wódka. Nie rozczarowałam się smakiem. To bardziej nalewka, w zasadzie nie czuje się alkoholu. Smakuje salmiakkiem, czyli (upraszczając) trochę jakby anyżem. Pycha! UPDATE: Ostatnio Elena i Jarkko przylecieli do mnie na tydzień, przywożąc dodatkowo kilka nowych smaków: czarne krówki z lukrecją (hit! W ogóle nie są maślano-cukrowe jak klasyczny wariant), cukierki toffi z salmiakkiem, żelki lukrecjowe słodzone ksylitolem i batoniki Fazer z lukrecją i chili. Lecę do nich w sierpniu i już mam zapowiedziane, że dostanę czarny, salmiakkowy tort urodzinowy (co prawda świętuję w styczniu, ale żal nie skorzystać z takiej okazji ;) ) i będę mogła spróbować czarnych lodów o tym samym smaku. Niech żyje Finlandia! :)

2. Dania: stąd sama sobie coś przywiozłam ;) Co ciekawe, byliśmy na miejscu przez sześć dni i w ogóle nie eksperymentowaliśmy ze smakami. Jedliśmy jeden ciepły posiłek w restauracji (ale to były raczej burgery i panierowane mięso z frytkami niż coś bardziej wyszukanego), raz spróbowałyśmy z koleżanką ciasta – nugatu. Ceny w Danii są deprymujące, więc raczej nie chcieliśmy się doprowadzić do bankructwa na trasie. Nugat był przeciętny, burgery z falafelem i jogurtowym sosem obłędne ;) W ostatni dzień weszliśmy wreszcie do sklepu i pozwoliłam sobie na zrobienie zakupów. Wszystkich tych specjałów spróbowałam dopiero w domu. Skole Kridts to fińskie żelki salmiakkowe w białym lukrze. Liquorice Mix – żelki lukrecjowe (uwielbiam!), cukierki Nørregade Blå Ugler (niebieska sowa) – faktycznie niebieskie, z wytłoczonymi sowami, więc od razu wpadły mi w oko. Tradycyjny duński produkt. Wiking w sklepie powiedział, że trudno wytłumaczyć, co to za smak. No i miał rację. Bardzo specyficzny, nie da się go porównać do niczego, co do tej pory udało mi się przetestować. Mnie podeszły, ale byłam jedyną osobą wśród próbujących, która jadła je ze smakiem. No i piwo, Skovlyst EgeBryg – kraftowy lager z liśćmi dębu wykorzystywanymi w trakcie produkcji. Bardzo fajne. Więcej o Danii przeczytacie tutaj.

3. Niemcy: wracając z Danii kupiłam tu cukierki, które widziałam po duńskiej stronie, ale w Skandynawii były o wiele droższe. Sallos Xplosiv, czyli idealne połączenie – salmiak, lukrecja, pieprz i chili. Cukierki okazały się po prostu strzałem w dziesiątkę, uwielbiam je. Niemieckie słodycze nie zaskakują, bo większość z nich mamy u siebie od lat. Ale tych cukierków na polskich półkach brak. Kiedy więc na Couchsurfingu zapowiedział mi się Nikita z Dortmundu, od razu poprosiłam o potężny zapas Sallos Xplosiv. Niczego więcej nie potrzebowałam do szczęścia :)

4. Ukraina: Dima przywiózł mi cały wór słodyczy ze swojego kraju. Wszystkie firmy Roshen: krówki (obiektywnie są mniej smaczne niż nasze opatowskie), Ctakah Manoka (czyli szklanka mleka – miękkie cukierki toffi), Ko-Ko (duże kulki z mleczną masą w białej czekoladzie) i jeszcze dwa rodzaje, których nazw nie mogę zlokalizować. Cukierki orzechowe w czekoladzie (coś jak nasze Michałki) z wiewiórką na opakowaniu i kolejne, z makiem. Te makowe były naprawdę super! Już po wyjeździe Dimy zorientowałam się, że szklanka mleka, Ko-Ko i krówki firmy Roshen są w sklepie, w którym codziennie robię zakupy :o Więcej smaków Ukrainy udało mi się poznać podczas weekendu we Lwowie – możecie o nich przeczytać tutaj.

5. Litwa: Ieva, Danielius i Tomas przywieźli mi pełną reklamówkę cukierków Linas. Zapas zniknął błyskawicznie, bo to naprawdę świetna rzecz. Cukierki przypominające w smaku krówki, ale klejące jak toffi, wypełnione nasionami lnu. Wspaniałe!

Ivan z Czech przywiózł mi czekoladę studencką, którą można już kupić w większych polskich sklepach. Jest pyszna, wiadomo. Więcej czeskich smaków spróbowałam przejeżdżając przez Śląsk Cieszyński i Karvinę – więcej tutaj. Marina z Kazania w Rosji ma dla mnie cukierki Aljonka, tylko jakoś nie możemy się spotkać od miesiąca. A moje trzy Tyrolki, które wyruszyły już w drogę do Krakowa poleciły mi, żebym spróbowała Mozartkugel, salzburskich czekoladek z marcepanem i kremem pistacjowym. Och, muszę! :D

A Wy jakie smaki mi polecicie? Coś ze swoich stron, z zagranicznych podróży? Naróbcie mi ochoty na coś pysznego :)

Print Friendly

7 comments on “Jak smakuje Finlandia?

  1. Dawno, dawno temu, za PRL-u były cukierki zwane kopalniakami. Były czarne, anyżkowe. Miały swoich smakoszy. Dostawałam je na kaszel.
    Nie lubiłam ich.

    1. Dalej są, można je kupić na Śląsku, chociaż trzeba się trochę naszukać. Podobno dawniej dostawali je górnicy wychodząc z kopalni i obdarowywali tym specjałem całą rodzinę. Miały oczyszczać drogi oddechowe i pomagać właśnie na kaszel. Udało mi się je wytropić kilka miesięcy temu i kupiłam cały kilogram. Dla mnie pyszne, bo jestem przyzwyczajona do tych skandynawskich dziwnych smaków. Ale najbardziej zszokowało mnie to, że bardzo przypadły do gustu mojemu czterolatkowi. Tym lepiej, bo zdrowe :) W każdym razie zgadzam się, że smak bardzo specyficzny. Pozdrawiam serdecznie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *