Boisz się czegoś? Zrób to!

Najciekawsze przygody i niezapomniane przeżycia zaczynają się wtedy, kiedy wychodzisz ze swojej strefy komfortu. Po czym poznać, że kurczowo się jej trzymasz? To proste. W chwili, kiedy myślisz o przekroczeniu własnej utartej ścieżki w twojej głowie odzywa się głos: „Nie, to głupie”, „Wcale nie chcę tego robić”, „To nie jest fajne”, „Nie jestem już dzieckiem”, „Nie umiem”, „Ośmieszę się”, „Boję się”. Przez lata ślepo wierzyłam w ocenę sytuacji dokonywaną przez ten głos. Byłam przekonana, że to moja intuicja i ona wie najlepiej. W ten sposób wiele, naprawdę wiele niesamowitych okazji przeszło mi koło nosa. Tylu rzeczy nie spróbowałam, nie zobaczyłam, nie zrobiłam. Teraz próbuję to nadrabiać, ale czy na pewno zdążę ze wszystkim? Tak wiele możliwości, tak krótkie ludzkie życie…

Jeśli chcecie mieć poczucie, że naprawdę żyjecie, a nie tylko istniejecie na tej planecie, postawcie sobie za cel, żeby ignorować ten wewnętrzny głos i wychodźcie poza swoją strefę komfortu. Proponuję zacząć od jednej takiej rzeczy w miesiącu, ale przy nadarzających się okazjach zawsze starajcie się skorzystać. A oto wyzwania rzucone samej sobie, które już mam zaliczone:

1. Ptaszniki. Panicznie boję (bałam?) się pająków. Kiedy do Centrum Nauki Leonardo da Vinci przyjechało gadzie mini zoo wpadłam tam jak burza. Uwielbiam jaszczury i węże, więc chodzenie z kameleonem we włosach, wąż zbożowy grzebiący mi pod bluzką, a nawet skorpion na ręce nie stanowiły dla mnie żadnego problemu. Ale te dwa stwory kosztowały mnie trochę kortyzolu i adrenaliny. Stres trwał do momentu, kiedy „potwór” stawał wszystkimi odnóżami na mojej ręce. Był tam, ja nadal żyłam. Po krzyku :) Strach kończy się, kiedy tylko spróbujesz. Naprawdę.

2. Jazda konno. Karmić i głaskać uwielbiam. Są piękne, wspaniałe, mądre. Ale myśl, żeby usiąść na grzbiecie konia i mu zaufać wydawała mi się zawsze absurdalna. Chciałam, ale było to tak wielce przerażające, że odkładałam jazdę konną na wieczne „potem”. Aż pojechałyśmy z koleżanką i dziećmi do Kurozwęk i nadarzyła się okazja. Najpierw Malwina (dla niej to też był pierwszy raz), a ja pilnuję dzieci, potem zamiana. Uczucie ciężkie do opisania. Coś pomiędzy wolnością, zależnością, brakiem stabilności i pewnością, że on mnie nie skrzywdzi. I cudowna więź z naturą. Bardzo fajne doświadczenie.

3. Motocykl. Zawsze miałam motocyklistów za dawców organów. Uważałam, że ich jedynym celem jest zabawa ze śmiercią w kto kogo przechytrzy. Będąc na jednym z moich samotnych wypadów weekendowych miałam okazję przejechać się jako pasażer motocyklem, i to nie po samym asfalcie, a górskimi serpentynami i błotem, aż na szczyt. Może to kwestia zaufania do kierującego. Wiedziałam, że nie jest typem, który ma ochotę władować się w drzewo. Potrzebowałam dwóch zakrętów, żeby nauczyć się odpowiednio przechylać, a jeszcze mniej, żeby oswoić się z sytuacją. Coś wspaniałego! Przepraszam wszystkich motocyklistów za niepochlebną opinię – już jej nie mam. Jesteście super! ;)

4. Quad. Udało mi się przejechać nim przez tor przeszkód. Przede mną robiły to kilkuletnie dzieci, więc byłam przekonana, że dam sobie radę, tylko będę wyglądać zabawnie. Otóż nie. Dzieci radziły sobie świetnie, a ja tak sobie. Był śmiech, piski, przekleństwa i jazda raczej niezbyt płynna. Bardziej pewnie czułam się jednak, o dziwo, na motocyklu. Co nie zmienia faktu, że jazda quadem też była dla mnie przyjemnością i wartościowym wspomnieniem do szufladki „odważyłam się”.

5. Motoparalotnia. Coś, czego nawet przez chwilę nie brałam pod uwagę jako opcji, której mogłabym spróbować. Niech sobie to robią jacyś dziwni ludzie, co to im życie niemiłe, a ja postoję tutaj, na ziemi. Aż tu nagle, przy okazji imprezy Astro Piknik w Podzamczu nadarzyła się i taka sposobność. Najfajniejszy motoparalotniarz w Kielcach – Marcin Bernat – był tam ze swoim sprzętem i zgodził się, żeby moja koleżanka mogła się przelecieć. Fruwając gdzieś nad zamkiem w Chęcinach Aneta załatwiła taki sam przelot też dla mnie. Tutaj mój głos ze strefy komfortu wrzeszczał jak opętany, że mam wymyślić najlepszą wymówkę na świecie. Ale była też ambicja: ona dała radę, a ja nie dam?! Uczucie wznoszenia się specyficzne. Lot po prostu NIESAMOWITY. Uczucie dryfowania z wiatrem i oglądanie pięknych okolic Podzamcza (a nawet mojego domu!) z perspektywy ptaka to naprawdę coś wyjątkowego, czego każdy powinien spróbować. Mój żołądek nie był już taki zachwycony, kiedy Marcin zaczął kręcić nami młynki, no ale to też jakoś przeżyłam :D Polecam!

6. Lodowisko. W ogóle nie ogarniam sportów zimowych, niestety. Nigdy nie uczyłam się jeździć na nartach ani na desce, a łyżwy wydawały mi się jakimś wynalazkiem szatana. No jak można umieć to robić? Trzymałam się z daleka od lodowiska od piątego roku życia. Autentycznie. Zaryzykowałam jeszcze raz, w moje urodziny w 2016 roku. Co ciekawe, z prawie już byłym mężem. Przeżywał wtedy okres przepraszania i obiecywania, że się zmieni. A mnie kusiła wizja poskładania rodziny do kupy, zwłaszcza że Miłosz tak bardzo się cieszył, że mama i tata idą z nim razem na spacer (od razu rozwiewam wątpliwości: pokazówka miała na celu wpłynięcie na to, co powiem na sprawie rozwodowej, która odbywała się dwa tygodnie później i wszystko wróciło do agresywnej normy w dniu rozprawy). W każdym razie na lodowisku czułam się bardzo niepewnie. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła kiedyś z taką swobodą popłynąć po tafli, skoro nie jestem w stanie nawet stać bez ruchu. Ale, kto wie, może to wina braku zaufania do partnera na lodzie?

Biorę teraz udział w konkursie, w którym można wygrać spełnienie jakiegoś marzenia (ale tylko w obrębie konkretnej listy, więc Himalaje i Spitsbergen muszą poczekać ;) ). Przejrzałam dopuszczalne prezenty „dla niej” i szybko przerzuciłam się na opcję „dla niego”. Jakoś więcej tam było ciekawych rzeczy :D Wahałam się między dwiema: weekendowy survival w sulejowskim lesie i nauka jazdy Monster Truckiem. Ostatecznie postawiłam na to drugie. Mama w Monster Trucku! Po prostu czad :D Trzymajcie kciuki. I szukajcie własnych sposobów na wychodzenie ze strefy komfortu, żeby móc później tak jak ja chwalić się wrażeniami. Chętnie poczytam o waszych przeżyciach! :) UPDATE: wygrałam w konkursie i wyglądało to tak: klik.

Print Friendly

8 comments on “Boisz się czegoś? Zrób to!

    1. Zdradzę Ci w sekrecie, że ja też. Nigdy nie leciałam samolotem, a w związku z moją fobią społeczną ten lęk był aż nienaturalny – nie mogłam oddychać w tramwaju, a co dopiero w powietrzu! Kupiłam dla mnie i dla Miłosza bilety na samolot do Holandii w maju. Trzymaj kciuki! Jak przetrzymam, to wezmę się za motywowanie Ciebie ;) Pozdrawiam!

  1. Trzymam kciuki zatem. Ile Miłosz ma lat? U mnie Hubcio ma problem z uszami podczas lądowania i startu. Kupujemy my wodę mineralną w małej buteleczce z dziubkiem i przełyka ją wtedy. Nie potrafi samej sliny. Co do samolotów, to ja za każdym razem nasłuchuję , co mu odpada ;) .

    1. Miłosz ma 4,5. Chyba potrzebuję od Ciebie małego wprowadzenia, bo aż boję się czytać w internecie na ten temat, żeby nie spanikować. Na jakie jeszcze dziwne uczucia trzeba się przygotować w trakcie lotu i co z nimi zrobić? Im mniej szczegółów tym lepiej ;)

      1. Pytaj, postaram się pomóc. Uczucie podczas startu jest niezbyt przyjemne. Wiesz ten hałas silników i ogólnie wbicie w fotel ;) .Przy lądowaniu nieznoszę momentu kiedy samolot zbliża się już do płyty lotniska. Miałam kiedys nieprzyjemny lot, lądowałam w Anglii podczas huraganu i stad ten schiz. Zatykanie uszu to też problem. Ja kupuję dzieciakom wodę już po odprawie, małe mineralne ( jeżeli Miłosz nie ma 5 lat to chyba małą mineralną możesz zabrać ze sobą przed odprawą, ale nie jestem pewna, a jak nie to kupisz po odprawie, na strefie). Na pokładzie samolotu, ceny sa oszałamiajace , jak dla mnie. Dlatego przekąski, czy słodycze, to co dzieci lubią zaberam ze sobą z domu na pokład.

        1. To uczucie podczas startu chyba przypomina wznoszenie się na motoparalotni. Do przeżycia :D Czyli przekąski można wnieść na pokład? Czy udało Ci się je po prostu przemycić?

  2. Z tym przemycaniem to ciężka sprawa, bo Cię prześwietlają na wylot ;). Wniosłam, nikt nic nie mówił. Kanapki i jakieś słodkości. Płyny możesz tylko wnieść do 100 ml, więc z tym jest jedynie problem. Trzeba kupić na strefie. Ja w Lizbonie zapomniałam wyjąć z plecaka większej butelki mineralnej, ale Hubcio nie miał 5 lat, wiec celniczka wzięła do zbadania wodę i mi oddała.

    1. Miłosz też poniżej 5, więc spróbuję z wodą, kanapkami i czekoladą na ukojenie moich nerwów :D Najwyżej mi je zarekwirują i wtedy będę się martwić. Ech, wolę jak najmniej o tym mówić i myśleć. Mam nadzieję, że nie będzie źle…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *