Jak pokonałam strach – Piwniczna-Zdrój

Wakacje 2015. Nie było mowy o dłuższym wyjeździe, bo po pierwsze nadal dołek finansowy, a po drugie Miłosz ma widzenia z ojcem w każdy wtorek i czwartek. Możliwości dogadania się z tamtą stroną brak, więc musiałam pokombinować. Myślałam, myślałam i… wymyśliłam! Weekend w Nowym Sączu, czyli góry, piękne widoki i darmowy nocleg u rodziny. Ale to już było, tak wiele razy, trzeba dodać coś jeszcze. No i padło na wyprawę do Piwnicznej-Zdrój. Piękne miasteczko, byłam tam jako dziecko. Można pospacerować, popatrzeć na coraz wyższe góry, zobaczyć bociana nad Popradem i napić się darmowej, prozdrowotnej wody śmierdzącej zepsutymi jajkami. Wszystko za darmo, ładnie, przyjemnie – hura! Ale to dalej było za mało. Potrzebowałam wyzwań.

Pierwszym wyzwaniem było dla mnie dojechać do Nowego Sącza własnym samochodem. Do tej pory zawsze ktoś inny był kierowcą. Przerażała mnie długość trasy (prawie 200 km) i serpentyny w Tęgoborzy (swoją drogą jeden z najpiękniejszych widoków w Polsce, zawsze się wzruszam, kiedy tamtędy przejeżdżam). Zacisnęłam zęby, spakowałam Miłosza i cały majdan i po prostu pojechałam. Dało się. 2,5 godziny i po krzyku. A jaka satysfakcja!

Było i wyzwanie numer dwa. Wielkie, oj wielkie. Mój świat przez lata był skurczony nie tylko przez toksyczne związki trzymające mnie w klatce. Swoją solidną cegłę dołożyła też fobia społeczna, która zaczęła się u mnie w 2007 roku podczas studiów w Krakowie. Pewnego dnia jadąc tramwajem na uczelnię zemdlałam. Od tego czasu przejazd komunikacją miejską stał się katorgą. Najpierw był tylko lęk, żeby sytuacja się nie powtórzyła. Potem po prostu zaczęłam się dusić. Nie byłam w stanie przejechać nawet jednego przystanku. Wyskakiwałam z tramwaju po kilku sekundach, z mroczkami przed oczami, drżeniem całego ciała, zlana potem. Najpierw straciłam tramwaje, potem to samo działo się z autobusami, potem z autokarami, pociągami, windami. Mój świat się kurczył. Wróciłam do Kielc, gdzie wszędzie mogłam się dostać na piechotę. Zrobiłam prawo jazdy, żeby na dalsze odległości przemieszczać się samochodem. I przez kolejne lata tak to właśnie wyglądało. Przez pół roku od złożenia pozwu rozwodowego oswoiłam się z windami i sytuacjami społecznymi. Przestałam czuć się źle w galeriach handlowych albo stojąc w długiej sklepowej kolejce. Ale komunikacja miejska dalej była progiem nie do przekroczenia. Aż do tego właśnie wyjazdu.

Wyzwanie numer dwa: do Piwnicznej pojedziemy POCIĄGIEM. 20 minut. Tylko tyle trwa ten przejazd. 20 minut górskich widoczków za oknem i radosnych pokrzykiwań Miłosza, dla którego taka przejażdżka to wielka atrakcja. On skakał ze szczęścia, ja nerwowo przełykałam ślinę. Odwróciłam swoją uwagę od „problemu” przeżywając tę przygodę z dzieckiem, patrząc na nią jego oczami. I dojechaliśmy! Duma i ulga, jaką czułam wysiadając z pociągu są nie do opisania. Pokonałam siebie, swoją podświadomość, jestem WOLNA! Po SZEŚCIU latach świat stanął otworem. Mogę polecieć samolotem, popłynąć promem, żyć!

W Piwnicznej spędziliśmy prawie cały dzień. Wędrówki po polnych drogach, obowiązkowy postój na tamtejszym placu zabaw (pamiętałam go jeszcze z dzieciństwa :) ), pyszne lody włoskie i obiad w restauracji na malowniczym rynku. Wzięłam sałatkę góralską za 20 zł, opisywaną jako danie z regionalnymi serami i warzywami. Straszliwie się rozczarowałam dostając sałatkę grecką z miksem sałat dostępnym w każdym markecie. No ale tak to jest, jak się naiwny świętokrzyski ceper daje złapać na góralskie sztuczki. I jeszcze dwa miłe akcenty: pogadałam sobie z przypadkową osobą – rodowitą mieszkanką Piwnicznej. I dowiedziałam się, że osoba urodzona w Nowym Sączu (czyli na przykład moja mama) to „Czarny Góral”. Czyli trochę jednak tą góralką jestem, zwłaszcza że ja z kolei przyszłam na świat w Rzeszowie, czyli prawie w Bieszczadach ;) Poza tym pogadałyśmy też o tradycyjnych potrawach wigilijnych. Ona słynęła w rodzinie z gołąbków z farszem z kaszy gryczanej i grzybów. Oczywiście zaraz po powrocie do Kielc musiałam takie zrobić – pycha! A drugi sympatyczny akcent to dwa bociany, które zaczęły nam kołować nad głowami, kiedy staliśmy na środku rynku. Warto czasem spojrzeć w niebo, żeby nie przegapić takich niecodziennych widoków.

Po południu znów na peron, radosne oczekiwanie i wreszcie jest – nasz pociąg. 20 minut, radocha, powrót do domu rodziny. Następnego dnia jeszcze najlepsza, jaką kiedykolwiek jadłam pizza, której nigdy sobie nie odmawiam będąc w Sączu – tradycyjna z Klitki u Witka. I do domu. Wyjechaliśmy w piątek, wróciliśmy w niedzielę. Koszt prawie żaden. Wspomnienia, przeżycia, radości, doświadczenia – bezcenne. A jak sobie przy tym doładowaliśmy baterie!

2

Print Friendly

2 comments on “Jak pokonałam strach – Piwniczna-Zdrój

  1. Gratuluje odwagi, ja zrobiłem prawko w wieku 38 lat, zaledwie tydzień temu. Też właśnie zbieram się na większy wyjazd w góry i nie wiem jak to będzie bo mamy aż 500km, nie wiem czy dam radę. Jakieś porady by mniej się stresować?

    1. Ojej, mocno trzymam kciuki! Przede wszystkim ostrożnie – górskie drogi w zimie łatwe nie są. U mnie na stres najlepiej sprawdzało się głośne śpiewanie w samochodzie. Powodzenia i czekam na relację „po”. Pozdrówcie ode mnie góry! :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *